Dziwny ten świat…

Dziwny ten świat…

Piękny cytat. A jaka jest szpitalna rzeczywistość?

Piękny dębowy las, może park. Cudne miejsce. Wchodzących wita kardynał Wyszyński. Patrzy trochę surowo, a trochę łagodnie.

Na szpitalnym łóżku leży kobieta. Czytam napis widniejący na kartce zastępującej dawne karty informacyjne. Moją uwagę zwraca imię: Irina. Leży płasko, przez dwadzieścia godzin nie wolno się jej podnieść. Przyglądam się uważnie – przecież mnie czeka dokładnie to samo…

Następnego dnia jest już komunikatywna. Mówi z charakterystycznym wschodnim zaśpiewem. Jej polszczyzna to kalka języka rosyjskiego. Czy ma tego świadomość? Pochodzi z Białorusi, mieszka i pracuje w Polsce. Jest anglistką, ale może uczyć również niemieckiego. Pełna życia i humoru. Dostała bolesną lekcję od życia, ale nie ma po tym śladu. Jest bardzo dzielna.

Kolejnego dnia, jeszcze mocno obolała, maluje oczy. Jest ładna, choć trochę za bardzo „przy kości”. Zachwyca mnie jej podejście do życia, jej mądrość, nie wyuczona, nie filozoficzna – mądrość praktyczna, na własny użytek, na użytek dorosłej już córki, która opiekuje się nią po zabiegu i nie opuszcza w potrzebie…

Rozmawiamy o wojnie i pokoju, o polityce i politykach, o naszych córkach, o uczeniu, o języku rosyjskim i o języku angielskim. Mamy mnóstwo wspólnych tematów. Chłonę jak gąbka jej akcent – za chwilę zacznę mówić po rosyjsku, bo już zaprezentowałam próbki mojego pięknego akcentu, którym tak zachwycali się Gruzini. Wzięli mnie za Rosjankę. Pewnie gdybym pomieszkała miesiąc w Rosji, znów mogłabym płynnie rozmawiać, nie obawiając się błędów i nie milknąc w poszukiwaniu odpowiednich słów, jak to ma miejsce teraz…

Irina wieczorem sypie dowcipami. Śmieje się, choć syczy przy gwałtownej zmianie położenia. Wspaniała, pełna życia kobieta!

 

***

 

Chaos. Jak się przed nim bronić? Najpierw informacja, że mam być na czczo, bo będzie tomografia. Później pielęgniarka informuje, że mam zaplanowaną tomografię bez kontrastu, więc mogę zjeść. Mam wątpliwości, proszę, by się upewniła. Znika na jakiś czas, ale wraca i potwierdza poprzednią informację. Przychodzi lekarka i oznajmia, że nie będę miała tomografii, tylko echo przezprzełykowe, a potem od razu zabieg. Wyrażam zdziwienie i mówię, że jestem po śniadaniu. Lekarka też wyraża zdziwienie. Informuję ją o tym, że na szczęście mam dwóch świadków, że nie chciałam jeść i prosiłam o weryfikację informacji. Lekarka mówi, że właściwie to nie szkodzi, bo za cztery godziny będą mogli mi zrobić to badanie. Zostawia mnie. Wraca za jakiś czas i informuje, że jednak nie cztery, tylko sześć godzin, więc dziś już się nie uda. Ale w takim razie może jutro?

Właściwie jestem zadowolona. Przyjechałam tu nastawiona na to, że prosto z marszu idę na zabieg. Byłam wściekła, kiedy okazało się, że nikt nic o tym nie wie. To, że takiej właśnie informacji udzielono mi, kiedy wydzwaniałam i to, że jestem bez jedzenia i bez picia – doprawdy nie ma znaczenia. Teraz, kiedy nie byłam nastawiona na zabieg, chciano mi go „zafundować” nieomal od ręki. Chaos. Jak się przed nim bronić?

 

***

 

– Ja to sporo wiem, bo na pielgrzymki jeżdżę. Jest tam u nas taka pani, co organizuje i jak coś tam wymyśli, to od razu się zbierze autokar i jedziemy. W Wilnie byliśmy. Bieda tam w okolicy, takie te chatki małe.

Chwila ciszy… To nowa współlokatorka, zajęła miejsce Iriny.

– Ale i do nas przyjeżdżają tacy różni. Teraz niedawno byłam na takim egzorcyście, co to on na Stadionie Narodowym uzdrawiał. Ja byłam gdzie indziej, ale mnie koleżanka mówiła, że tam ludzie padali jak muchy. A jak oni wyli! Pewnie to Zły przez nich wył. A jedna taka młoda, ona trzydzieści lat ma, to raka miała i ją uzdrowił. Ja z nią nie rozmawiałam, ale mi koleżanka mówiła. Ona teraz co niedziela do kościoła chodzi!

Od razu przypomniał mi się mój były pracownik – John Godson…

  •  Ależ co pani opowiada! Kto chce wprowadzić narkotyki?
  • Co za czasy, pani. Najgorzej to z tymi młodymi, bo narkotyki biorą. I jeden z drugim gotowy z domu wszystko wynieść. Ja wiem, bo mi sąsiadka mówiła. I nawet do bicia się bierze. Ale uratować się można. Jak byłam w Medjugorje to tam taki młody opowiadał, jak z narkotyków wyszedł, a nam to się płakać chciało, a łzy same płynęły z oczu. A przecież narkotyki rząd chce wprowadzić.
  • W takiej gazecie czytałam, to musi być prawda. Przecież pokazywali, tam w Sejmie różni tacy mówili.
  •  Może ma pani na myśli Twój Ruch, tę partię Palikota? Ale to nie rząd!
  • Oni wszyscy tak, to PO najgorsze, bo przecież nie PiS. A teraz jeszcze ten dżender chcą do przedszkola wprowadzić. Nasz Dziennik pisał.
  • Nie znam się na przedszkolach, wnucząt nie mam, a dzieci studiują. Niech mi pani wyjaśni, co za dżender chcą do przedszkola wprowadzić? Co to znaczy?
  • No jak to? Będą dzieciom pokazywać, jak się dotykać trzeba i się będą dzieci masturbować. A takim po cztery, pięć lat to już nawet książkę chcą za darmo dawać. Już dają za darmo, a tam podobno tak jest napisane, że od razu dzieciom ten dżender będzie wchodzić. Nawet w tej książce Bożego Narodzenia nie ma, tylko piszą, że to Zielone Święta.
  • Co pani opowiada! Niech pani weźmie taką książkę do ręki i ją sobie obejrzy! A jak się coś nie podoba, to trzeba w czasie konsultacji zgłaszać.
  • I tak zrobią, co będą chcieli!
  • Dlaczego pani tak mówi? Niech pani sprawdzi!
  • W Radiu Maryja tak mówili, a oni się tam znają.

 

I co można na to powiedzieć? Jak walczyć z taką wiarą? Gender, Palikot, Nasz Dziennik, Medjugorje, Radio Maryja – wszystko wrzucone do jednego worka. Bez żadnej refleksji, bez próby zrozumienia czegokolwiek. Podane „na wiarę” – i wierzyć trzeba. A ile w tym zapalczywości, ile chęci, by komuś skoczyć do gardła! Biedny ten Pan Bóg, na którego się powołują tacy obrońcy wiary i moralności…

 

 

***

 

Drogą idzie kobieta obładowana siatkami. Nie wiadomo skąd pojawia się jasnoszary kotek, zmierzający w jej kierunku. Kobieta uśmiecha się w jego stronę i mówi głośno:

 

– Czekacie na mnie dzieciaki?

 

Pojawiają się następne, wszystkie śliczne: trzy czarne z białymi krawacikami, rudy, brunatny cętkowany. Całe towarzystwo wyraźnie z radością wita platynową blondynkę o pretensjonalnym wyglądzie, uczesaną w wysokiego koka. Podążam w tym samym kierunku, choć o wiele wolniej niż ona. Kiedy dochodzę do niskiej budowli, na której rozsiadły się kotki, kobieta każdemu z nich daje kawałek wątróbki. Nie podchodzę blisko, czuje się nieco skrępowana. Jest w tej scenie coś bardzo intymnego.

 

Kobieta przemawia do kotów, rozgląda się i woła:

 

– Łysiula! Łysiula! Gdzie się podziałeś? Zatrzymuję się i przyglądam przez chwilę.

– Jaka pani dobra!

 

Naprawdę nie wiem, dlaczego to mówię. To pewnie ta niekontrolowana skłonność do mówienia, co myślę…

 

– E tam dobra. Mnie to po prostu sprawia przyjemność.

 

Dalej krząta się przy kotkach, które wpatrują się w nią z uwagą. Przychodzi mi na myśl określenie „kocia mama”. Idę dalej, racząc się ciepłem wieczoru.

 

 

***

 

Dziwny ten świat…

 

Opublikowano przez Tomasz Wrzosek in Artykuły Bożeny Ziemniewicz

Dodaj komentarz