PRACA

Informacje o pracy podane są w formie wspomnień napisanych przez Bożenę Ziemniewicz

 

Pierwsza praca

Choć ukończyłam studia z tak zwanym „czerwonym dyplomem” (nie mam pojęcia, skąd ta nazwa, bo tak naprawdę jest oprawiony w granatową skórę) ze średnią ze studiów 4,8, to nie mogłam w Łodzi znaleźć pracy.

Mając w ręku skierowanie do pracy na Śląsku (obowiązywał system nakazów pracy dla absolwentów studiów wyższych, nikt więc bezrobotny nie pozostawał), postanowiłam prosić o pomoc przyjaciół spotkanych w trakcie praktyk odbywanych po drugim roku studiów w centrali handlu zagranicznego Skórimpex. Poznałam tam świetnych ludzi, którzy odegrali w moim życiu wielką rolę i z którymi do dziś się przyjaźnię. Poznałam też ludzi, którzy później zyskali sławę w zupełnie innej dziedzinie – mam tu na myśli Andrzeja Sapkowskiego, dziś wziętego pisarza, wówczas kolegę z branży.

W ten sposób znalazłam się w Biurze Handlu Zagranicznego Varimex-Wifama.

Kiedy jednak otrzymałam z Uniwersytetu zaproszenie do podjęcia studiów doktoranckich – natychmiast zrezygnowałam z pracy i z radością wróciłam na uczelnię. Był rok 1980.

Pierwszy rok studiów doktoranckich przebiegał bardzo przyjemnie – znów robiłam to, co uwielbiałam: uczyłam się.

Trzeba jednak było z czegoś żyć, bo stypendium nie wystarczało na wszystkie potrzeby. Równolegle więc uczyłam angielskiego jako lektor Uniwersytetu Robotniczego. Pracowałam w Rawie Mazowieckiej, a potem w Brzezinach. Oba te miejsca pokochałam. W Rawie zajęcia kursowe prowadziłam króciutko, natomiast nazbierało się chętnych do tego, by korzystać z moich lekcji indywidualnych. Jeździłam więc do Rawy we wtorki – autobus startował ok. 8-mej, na miejscu byłam o wpół do dziesiątej, pół godziny na dojście i od 10-tej lekcje. Nie miałam przerw między zajęciami: jeden uczeń wychodził, drugi wchodził. Jedyna 15-minutowa przerwa była około 14-tej. Uczyłam do 20-tej, bo o 20.30 odchodził autobus do Łodzi. Moimi uczniami były głównie osoby dorosłe, w większości lekarze, ale też ich dzieci. Moje wyjazdy do Rawy trwały kilka lat.

Równolegle prowadziłam kursy w Brzezinach. Tu najmilej wspominam dzieci, nieco inne niż nasze łódzkie, a może po prostu idealizowane przeze mnie we wspomnieniach? Dla nich moje lekcje były okazją, by poczuć się lepszymi od innych. Okazywałam moim uczniom wielki szacunek, mówiłam, jacy są wspaniali, ucząc się angielskiego, intuicyjnie motywowałam ich w najlepszy możliwy sposób. Rozpalałam w nich ciekawość świata, wplatając w treść zajęć różne opowieści. Skutek był wspaniały, bowiem dzieci uczyły się fantastycznie i czyniły wielkie postępy. W zamian dawały mi swoją sympatię, wyrażaną laurkami, zdjęciami, drobnymi, samodzielnie wykonanymi prezentami i nazywając mnie Księżniczką.

W mojej nauczycielskiej karierze Brzeziny wspominam najcieplej.

Nadszedł jednak grudzień 1981 i świat stanął na głowie. Zamilkły telefony. Powroty z Rawy stały się ryzykowne z uwagi na możliwe opóźnienie autobusu i problem z dotarciem do domu po godzinie milicyjnej. Na trasie między Łodzią a Brzezinami ustawiono posterunki wojskowe, a zmarznięci żołnierze sprawdzali uważnie dokumenty podróżujących pasażerów.

Stan wojenny pozbawił mnie promotora mojej pracy doktorskiej, prof. Witolda Trzeciakowskiego, który był jednym z doradców Lecha Wałęsy. Stan wojenny zastał go poza Polską, bowiem wyjechał do Austrii na konferencję, na którą również byłam zaproszona. Nie pojechałam, ponieważ odmówiono mi wydania paszportu.

Stan wojenny i coraz większe zaangażowanie w nauczanie (szybko wzrastała również ilość moich łódzkich uczniów) nie sprzyjały pisaniu pracy doktorskiej. Niepewność co do dalszych losów Polski, nurt spraw bieżących, w które trudno było się nie angażować, silnie demotywowały.

Do tego doszły problemy osobiste i zdrowotne. Te wszystkie zawirowania sprawiły, że zakończyłam studia doktoranckie na etapie zaliczenia wszystkich przewidzianych tokiem studiów egzaminów (w tym z ekonomii i filozofii), jednak nie napisałam dysertacji.

Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 1

Wszyscy byliśmy w pewien sposób okaleczeni wydarzeniami stanu wojennego. Ja również chciałam ukryć się przed ludźmi i zdołałam znaleźć odpowiednie miejsce. Była to szkoła, tak zwana „gierkówka” na Widzewie.

Lata pracy w tej szkole wspominam ciepło, bowiem trafiłam na życzliwych ludzi. Dyrektorem był wówczas p. Henryk Czyżewski, do dziś człowiek bardzo aktywny. Byłam ekonomistką, mającą oczywiście ukończony kurs pedagogiczny, ale nie mającą wykształcenia filologicznego, a jedynie egzamin państwowy złożony w Ministerstwie Handlu Zagranicznego i Gospodarki Morskiej. W tej sytuacji mogłam jedynie liczyć na swoją intuicję i szkolenia, wówczas mało dostępne.

Okazało się, że jestem bardzo dobrym nauczycielem. Pamiętam, jak pewnego razu przyszła do mnie bez uprzedzenia pani wizytator z zamiarem umówienia się na hospitacje. Ja zaś bez najmniejszego wahania zaprosiłam ją na zajęcia. Nie miałam przygotowanego konspektu, ale codziennie w drodze do pracy (dwa autobusy z przesiadką, ponad godzinę czasu) układałam sobie w głowie plan każdej lekcji i planowałam odpowiednie ćwiczenia i środki dydaktyczne potrzebne do ich skutecznej realizacji. Zawsze właśnie to miałam na uwadze: skuteczność.

Chyba rzeczywiście byłam w tym, co robiłam dobra, po tej pamiętnej wizytacji dostałam studentów filologii angielskiej na praktyki – i tak już było co rok. Co rok musiałam im również tłumaczyć, że mają przed sobą istoty, które są spontaniczne i opowiadanie im zasad gramatycznych zupełnie nie ma sensu. Cierpliwie też wyjaśniałam, że każde dziecko może się czegoś nauczyć, każde też jest inne. Prowadząc zajęcia z całą klasą nie mogą liczyć na utrzymanie zainteresowania, jeśli nie będą aktorami. Musiałam im udowodnić, że praca z podręcznikiem nie może trwać 45 minut. Najważniejsze było dla mnie, żeby „moje” dzieci były szczęśliwe, że są w stanie poznać coś nowego. U mnie można było każdą klasówkę i każdą odpowiedź poprawiać nieskończoną ilość razy. Oczywiście było to dla mnie niedogodne, ale jak mogłam odmówić poświęcenia mojego czasu dziecku, które przychodziło i mówiło: proszę pani, już to umiem – czy może mnie pani z tego zapytać? Uważałam, ze moim obowiązkiem jest nie tyle uczyć, co nauczyć, pokazać drogę do sukcesu.

Nagrodą za to były olbrzymie ilości kwiatów przy każdej okazji. Inne nauczycielki patrzyły pożądliwym wzrokiem na kwiaty, które wynosiłam dosłownie wiadrami. Praca w Szkole była dla nie jak narkotyk: nie chodziłam do pokoju nauczycielskiego, dzieci wiedziały, że jestem dla nich w czasie wszystkich przerw. Z dzieci i ich miłości do mnie, bardzo wylewnie mi okazywanej, czerpałam siły do życia.

Pracowałam dużo – codziennie w planie lekcji miałam osiem godzin, a rozpoczynały się o 7.30. Wszyscy chcieli mieć angielski, choć dzieci w klasach 1-4 musiały za niego dodatkowo płacić. W klasach 5-8 był obowiązkowy. Oprócz tych 40 godzin tygodniowo prowadziłam codziennie 2-4 godziny lekcji prywatnych, biegając od jednego do drugiego ucznia. Mój tygodniowy wymiar pracy wynosił 56 godzin – co to oznaczało wobec etatowych 18 godzin? Oznaczało tyle, że w ciągu każdego roku pracy zdobywałam tyle doświadczenia, co inny nauczyciel przez trzy lata.

I tak było aż do momentu, kiedy zaawansowana ciąża uniemożliwiła mi dojazdy do pracy. Był rok 1988.

MODUS

Z moim mężem związałam się w roku 1986. Po dwóch latach przyszedł na świat nasz syn Mateusz.

Jak tylko wróciłam do siebie po bardzo ciężkim porodzie, wznowiłam zajęcia dla uczniów prywatnych. Całe popołudnia spędzałam zamknięta z uczniami w małym pokoiku, przeznaczonym do pracy. Było to niezwykle uciążliwe dla wszystkich domowników, dlatego w czasie wakacji 1989 zorganizowałam salę (wynajęłam ją od osiedlowej biblioteki), napisałam na walizeczkowej maszynie do pisania ogłoszenia na kolorowych kartkach, z dzieckiem w wózku rozniosłam po okolicy, udzieliłam telewizji osiedlowej wywiadu, w którym poinformowałam o planowanym przedsięwzięciu i w oznaczonym terminie we wrześniu czekałam na ewentualnych uczniów.

Byłam bardzo szczęśliwa, że przyszli. Biblioteczna salka mieszcząca 9 stolików i krzesełek zdecydowała o liczebności grup (od 7 do 9 osób). Zajęcia prowadziłam i rano, i po południu. Chętnych było tylu, że zaprosiłam do współpracy koleżankę anglistkę.

Nie powołałam do życia odrębnej firmy – uczyłam w ramach działalności mojego męża. Stopniowo szkoła się powiększała, a w najlepszym momencie uczyła ponad 900 dzieciaków. Oczywiście musiałam zatrudnić innych nauczycieli, doglądać ich lekcji, prowadzić zespół od strony metodycznej, ale też organizacyjnej. Mieliśmy 19 punktów nauczania w Łodzi i poza nią. Znak MODUSu był znany i widoczny. Sama prowadziłam buchalterię, sama zajmowałam się promocją i PR. Sama dbałam o wszelkie aspekty funkcjonowania MODUSu, który z formalnego punktu widzenia stał się placówką oświatową kształcenia ustawicznego, zarejestrowaną w Kuratorium Oświaty (później rejestr został przeniesiony do Urzędu Miasta Łodzi).

Nazwę MODUS nosiło również powstałe w 1999 r. Gimnazjum Językowo-Informatyczne. Przez rok pełniłam funkcję dyrektora tej szkoły.

BRITISH CENTRE

BRITISH CENTRE jest jedną z najbardziej znanych, największych i najlepszych łódzkich szkół językowych. Jak powstała? Jak się rozwijała? Jakie osiągnięcia odnotowała na swoim koncie? O tym w artykule napisanym do publikacji na 15-lecie szkoły, autorstwa Bożeny Ziemniewicz:

Wyznania szefowej, czyli jak  to się zaczęło

Historia British Centre, to okres ostatnich 15 lat. Wszystko jednak zaczęło się na długo przed powstaniem szkoły.

Nazywam się Bożena Ziemniewicz. Jestem właściwie matką BRITISH CENTRE, a z pewnością ONO jest moim dzieckiem. Nic więc dziwnego, że odnoszę się do niego z iście macierzyńską czułością – zwłaszcza, że z moich dzieci jest ONO najmłodsze. Jeszcze na studiach (studiowałam handel zagraniczny – teraz już taki kierunek nie istnieje, ale w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia uchodził za dość ekskluzywny) zaczęłam uczyć angielskiego. Nie byłam wykwalifikowanym nauczycielem, ale miałam zdany egzamin państwowy, który w tych zamierzchłych czasach wystarczał – z braku wykwalifikowanych nauczycieli języków obcych – do tego, by uczyć. Miałam też coś, co było znacznie ważniejsze od formalnych kwalifikacji: pasję. Uwielbiałam wpisywać w główki moich uczniów angielskie słowa – i wiedziałam, że tylko ode mnie zależy, ile ich się tam znajdzie. Śpiewałam z nimi setki piosenek, uczyłam wierszyków, do których dokopywałam się na różne sposoby, co w dobie przedinternetowej nie było łatwe. Dawałam im z siebie wszystko, a one odwzajemniały się laurkami i dziecięcym uwielbieniem, które było dla mnie najwspanialszym bodźcem do pracy.

Do dziś są w moim otoczeniu ludzie, których wtedy uczyłam – obecnie są to wysokiej klasy specjaliści z zakresu nauczania języka angielskiego.

Kiedy już w dorosłym życiu moje studia doktoranckie – na skutek zawieruchy stanu wojennego i zawieruchy w moim prywatnym życiu – utknęły w martwym punkcie, podjęłam już regularną pracę w szkole. Mój tygodniowy wymiar pracy wynosił 40 godzin – 5 dni po osiem lekcji (porównajmy to z 18 godzinami etatowymi, a otrzymamy obraz zapotrzebowania na „językowców” w latach osiemdziesiątych). Po południu oczywiście lekcje prywatne. Nic dziwnego, że przez kilka lat spędzonych w szkole zdobyłam dośd bogate doświadczenie, zwłaszcza, że uczyłam różne grupy wiekowe na różnych poziomach zaawansowania, od przedszkolaków (moich ukochanych przedszkolaków) począwszy, a na maturzystach skooczywszy. Dużym wyzwaniem dla mnie było prowadzenie praktyk studenckich, ale chyba i z tym poradziłam sobie dośd dobrze, bo przysyłano do mnie studentów przez cały okres mojej pracy w szkole.

Nadszedł taki moment, kiedy macierzyństwo odsunęło mnie na chwilę od mojego ukochanego zajęcia. Dzieci jednak o mnie nie zapomniały i zaczęło ich przybywać w moim domu – lekcji prywatnych właściwie nie przerwałam ani na moment. Gdy zaś synek miał już ponad roczek, zorganizowałam kursy językowe na osiedlu, na którym mieszkałam. Tak powstała moja pierwsza szkoła językowa o nazwie MODUS.

Dwa lata później, tuż przed przyjściem na świat mojego drugiego dziecka, poznałam Irlandczyka, Toma Wrigleya, któremu zaproponowałam pracę w MODUSie. Był to wspaniały nauczyciel, obdarzony wielką charyzmą choć bez formalnych kwalifikacji. Przez dwa lata regularnych spotkań (obecność native speaker of English wykorzystałam na pobieranie lekcji konwersacji, bowiem wciąż mój kompleks braku kwalifikacji popychał mnie do nieustannej pracy nad sobą), wspólnie wymyśliliśmy „inną szkołę” – szkołę języka angielskiego, w której uczyliby wyłącznie native speakers.

W ten sposób, 15 lat temu, zasiadłam w sekretariacie Szkoły Podstawowej nr 1 i rozpoczęłam nabór słuchaczy. Plakaty informujące o powstaniu „First Certificate Preparation Centre” rozklejali mój mąż i Tom. Ogłoszenia w prasie były poza zasięgiem naszych możliwości finansowych. Telefonów od osób zainteresowanych pojawieniem się nowej szkoły językowej było sporo. Nazwa bardzo jasno precyzowała naszą specjalizację, a był to okres, kiedy egzaminy First Certificate cieszyły się dużym zainteresowaniem. Długo jednak nie pojawiali się klienci gotowi zapisać się na nasze kursy. Kiedy wreszcie przyszła pierwsza osoba, miałam ochotę ją ucałować! Przyszło takich osób ponad 170! Szkoła ruszyła.

Po kilku latach Tom, zaangażowany w powstanie i funkcjonowanie takich miejsc, jak Irish Pub i dyskoteka West Side, które dawały niewspółmiernie większe możliwości finansowe niż jakiekolwiek przedsięwzięcie o charakterze edukacyjnym, postanowił odejść ze szkoły. Od tego czasu radzę sobie sama, wspierana przez fantastycznych ludzi, którzy mnie otaczają, na czele z moim ojcem – obecnie wspólnikiem w ramach spółki jawnej, jaką jest BRITISH CENTRE.