RÓWNO-WAŻNI I

Kobieta, żona, matka.

18 lipca 2014 godzina 20.00. Mimo, że po raz pierwszy od trzech lat mam urlop i to aż 2-tygodniowy, zdecydowałam się wziąć udział w tym programie TVP Łódź. Dlaczego? Bo poruszany temat zawsze był dla mnie ważny. Patrzę na niego oczywiście przez pryzmat moich osobistych doświadczeń i wydaje mi się, że rzeczywiście mam coś nie coś do powiedzenia. A na marginesie: wyjątkowo nie lubię, kiedy
w różnych sprawach wypowiadają się osoby, które mówią tylko po to, żeby mówić – a dość często
z taką sytuacją mamy do czynienia.

Moim zdaniem, aby zabrać głos na określony temat, trzeba mieć ku temu określone kompetencje.
Z tego też względu moją wypowiedź podzieliłam na części, których tytuły informują, dlaczego mam mandat do wygłoszenia opinii. Każda część przedstawia nieco inny aspekt zagadnienia „kobiety
na rynku pracy” – bo tak odczytałam temat telewizyjnej debaty.

Na fali równego traktowania kobiet i mężczyzn, co w moim odczuciu jest wystarczająco gwarantowane, ale wciąż pozostaje literą prawa, a nie praktyką dnia codziennego, modne stało się podkreślanie, że kobieta powinna dokładnie tak jak mężczyzna planować i prowadzić swoją karierę zawodową – owszem dziecko urodzić, ale zaraz oddać pod opiekę odpowiednich, ku temu powołanych, placówek. I tylko gdzieniegdzie – nieśmiało – podnoszą się głosy dziewczyn,
które mówią, że wolałyby zostać w domu, zająć się dzieckiem i wcale nie marzą o zawrotnej karierze zawodowej…

Długo żyję, więc spotkałam na mojej drodze życiowej różne kobiety i z takim samym szacunkiem odnoszę się do tych spełnionych zawodowo i do tych, które „siedziały” w domu, wychowując dzieci. Krzywdzące wydaje mi się traktowanie tych pań, które nie podejmują pracy zawodowej,
jako staroświeckich i mało ambitnych – dla mnie najważniejsze jest, by miały wybór! Jeśli same decydują, że chcą osobiście wychowywać dzieci, to wspaniale! Należy jednak pomyśleć o tym,
by i one były zabezpieczone finansowo na wypadek, gdy braknie partnera zapewniającego środki
do życia całej rodzinie.

Nie ulega wątpliwości, że biologicznie różnimy się od mężczyzn znacznie i to nam kobietom
w pewnym momencie zaczyna bić zegar biologiczny, a pragnienie posiadania potomstwa jest tak silne, że nic nie jest w stanie nas przed tym powstrzymać. Coraz częściej decydując się na dziecko mamy tę świadomość, że jest to nasza odpowiedzialność. To prawda – powinnyśmy ją dzielić
z partnerem, ale doświadczenie wielu kobiet poucza, iż nie można wykluczać innego scenariusza
i samotnego macierzyństwa. Właśnie takie podejście każe zabiegać o pracę i środki do życia.

Mam dwoje dzieci. Nigdy, ani przez moment, nie liczyłam na to, że ktoś da mi pieniądze na ich utrzymanie. Zdobywanie środków do życia jest czymś tak oczywistym, że wręcz miarą wartości człowieka. Nie znaczy to jednak, że byłam szczęśliwa zostawiając moje maleństwa i biegnąc do pracy! Tak naprawdę wolałam być z nimi, nie oddawać pod niczyją opiekę, nie narażać na zagrożenia związane z przebywaniem w skupiskach ludzi. Byłam wręcz zazdrosna o każdą chwilę, kiedy działo się coś ważnego, a mnie przy nich nie było.

W czasie telewizyjnej debaty pojawiło się słowo „kalkulacja”. Jest ono kluczowe również w przypadku podejmowania decyzji co do podjęcia pracy przez matkę lub ojca. W moim przypadku kalkulacja doprowadziła do podjęcia decyzji o tym, że ja poprowadziłam dwie firmy (swoją i męża), a dziećmi zajął się właśnie mąż. Nie zwolniło mnie to jednak z wykonywania setek czynności domowych (pranie, sprzątanie), pielęgnowania dzieci, dbałości o ich wychowanie, edukację szkolną i pozaszkolną, zdrowie i setki innych rzeczy. Zawsze miałam takie poczucie, że jestem znacznie bardziej obciążona niż mój mąż, natomiast dzieci – zawsze wypominały mi, że mam dla nich zbyt mało czasu.

Właśnie kalkulacja często każe pozostać kobiecie w domu, bowiem to ona lepiej potrafi zadbać
o dzieci, jest delikatniejsza, czulsza, bardziej cierpliwa. Właśnie rozsądek podpowiada, że dziecko
nie znajdzie tego nigdzie indziej. Nie zawsze pieniądze zarabiane przez kobietę są w stanie zrównoważyć straty powodowane jej nieobecnością w domu. Teoretycznie mężczyzna może zastąpić kobietę we wszystkich czynnościach, ale w praktyce wygląda to inaczej. Skoro i tak po pójściu
do pracy i pozostaniu męża w domu będzie musiała wykonywać dużo więcej obowiązków niż partner, to czy ma to sens? To pytanie bardzo indywidualne i w każdym przypadku trzeba analizować wszelkie okoliczności mające wpływ na sytuację danej rodziny. Mój mąż świetnie radził sobie
z przygotowywaniem posiłków, zawożeniem i przywożeniem dzieci, ale zawsze czekał na moją decyzję w kwestiach związanych ze zdrowiem i wolał nie wtrącać się w edukację dzieci (odrabianie lekcji, odpytywanie, pomoc w przygotowywaniu się do klasówek, po drodze parę egzaminów, włącznie z przygotowaniem syna do FCE jeszcze w gimnazjum…).

Konkludując więc tę część rozważań: najważniejsze jest zapewnienie takich warunków, by kobiety mogły świadomie podejmować decyzje o pozostaniu w domu lub nie – po urodzeniu dziecka.
Jeśli decydują się na pójście do pracy, to koniecznie muszą mieć do dyspozycji odpowiednie placówki opiekuńczo-wychowawcze. Jeśli wolą pozostać w domu i poświęcić się dzieciom, to nie może to być powodem do traktowania ich jako mało ambitnych „kur domowych”!

Znamienne wydaje się to, że wśród młodych ludzi wychowywanych w rodzinach o modelu tradycyjnym (mama albo niepracująca, albo pracująca osiem godzin zawodowo, a poza tym mocno poświęcająca się rodzinie) dużą akceptacją cieszą się związki, w których obowiązki domowe podzielone są równomiernie, albo nawet w większej części spoczywają na barkach mężczyzny.
I na odwrót, wśród młodych wychowanych w rodzinach, gdzie wiodącą rolę w zdobywaniu środków na utrzymanie pełniła matka, przez co znacznie więcej pozostawała poza domem, panuje głębokie przekonanie, że miejsce kobiety jest w domu – choć takiego modelu przecież nie zaznali…

Kwestie świadomościowe podlegają zmianom w długim okresie czasu. Mamy zatem do wykonania wielką robotę edukacyjną, polegającą na wpajaniu tym najmłodszym (ale nie zaniedbujmy starszych!), że kobiety i mężczyźni mają dokładnie takie same prawa, dziewczynki mogą się bawić karabinami, wchodzić na drzewa i budować skomplikowane urządzenia z lego technics i że nie ma
w tym nic złego, kiedy chłopcy bawią się lalkami i szyją im sukieneczki. Na pewno nie jest to powód do „dokuczania”! Pokażmy, że są grzeczne dziewczynki – i grzeczni chłopcy, a słowo „łobuziak” może w tej samej mierze określać urocze stworzenie z kucykami, co umorusanego kawalera…

Nauczmy młodych mężczyzn odpowiedzialności za potomstwo nie w sensie materialnym,
ale w sensie codziennej pielęgnacji i wychowywania dzieci w miłości. To przecież daje tak wiele radości i satysfakcji! Zapewnijmy takie warunki, w których bohaterem rodziny jest nie ten,
kto przyniesie do domu więcej pieniędzy, a ten, kto wnosi większy wkład w wychowywanie dzieci.

Jest wielu wspaniałych ojców, których można pokazywać jako wzór i matkom, i innym ojcom. Wykorzystajmy ich wizerunek do budowania etosu rodzicielstwa.

Nie można naturalnie zapomnieć o odpowiedzialności państwa za zapewnienie odpowiednich warunków tym rodzinom, które muszą lub chcą opiekę nad dzieckiem powierzyć placówkom wychowawczym od żłobków poczynając. W tym przypadku konieczne jest również dopilnowanie „jakości” kadr w takich miejscach zatrudnianych, a właściwie wysokiego ich morale.
Nie do pomyślenia jest, by gdziekolwiek źle traktowano maleństwa! Zapewne niegodne zachowania opiekunek, o czym czasem media donoszą, powinny być wyjątkowo napiętnowane i również stanowią sygnał o konieczności wpajania następnym pokoleniom głębokiego przeświadczenia,
że dzieci są naszym skarbem, radością i szczęściem. Że każde dziecko zasługuje na najwyższą staranność i wszystko, co najlepsze. A o biciu dzieci nie może być mowy ani w takich miejscach,
ani w rodzinach!

Jednym słowem: odejdźmy od stereotypów, które zatruwają obiektywne widzenie świata.

Opublikowano przez Tomasz Wrzosek in Artykuły Bożeny Ziemniewicz

Dodaj komentarz