RÓWNO-WAŻNI II

Ekonomistka.

Moim zdaniem, aby zabrać głos na określony temat, trzeba mieć ku temu określone kompetencje.
Z tego też względu moją wypowiedź podzieliłam na części, których tytuły informują, dlaczego mam mandat do wygłoszenia opinii. Każda część przedstawia nieco inny aspekt zagadnienia „kobiety
na rynku pracy” – bo tak odczytałam temat telewizyjnej debaty.

Jestem ekonomistką. Taką, która wyszła ze starej szkoły Mujżela. Moim opiekunem na studiach doktoranckich był prof. Witold Trzeciakowski, ten sam, który w rządzie Mazowieckiego piastował stanowisko ministra bez teki. Ten sam, który prowadził stolik ekonomiczny w czasie obrad Okrągłego Stołu.

Gdyby ci panowie analizowali teraz wykorzystanie żeńskiej części kapitału ludzkiego, pewnie też zwróciliby uwagę na to, że włączenie kobiet w większym stopniu w generowanie PKB (produktu krajowego brutto) przynosi wymierne korzyści.

Jestem członkinią Międzynarodowego Forum Kobiet – takiej organizacji, która stowarzysza panie
ze świata nauki i świata biznesu, ekonomistki i przedsiębiorczynie. Tu i ówdzie organizacja uległa deformacji i znalazły się w niej osoby, które kompletnie nie rozumieją idei leżącej u podstaw MFK,
ale mam nadzieję, że główny nurt warszawski powoli zdominuje kółka wzajemnej adoracji, funkcjonujące w niektórych ośrodkach.

Obecna prezeska MFK – dr ekonomii Ewa Rumińska-Zimny – w swoich wystąpieniach lansuje tezy głoszone przez tak zwaną ekonomię feministyczną. Jest to nowe, nieco inne spojrzenie na ekonomię, które podważa mit jej neutralności wobec kwestii płci. Powstała w latach osiemdziesiątych jako reakcja na niekorzystne dla kobiet skutki zmian gospodarczych. Klasyczny model myślenia zakładał (tak to widział Adam Smith), że kobiety pracują w domu bezpłatnie, zaś mężczyźni – na rynku pracy wykonują pracę odpłatnie. Jako że przedmiotem ekonomii była sfera pieniądza, sfera pracy bezpłatnej wykonywanej przez kobiety, a więc i wkładu i interesów kobiet, została całkowicie pominięta.

Takie podejście nie pozwala dostrzec wkładu kobiet w tworzenie PKB, bo istotna część pracy i jej rezultaty pozostają zupełnie poza obszarem jakichkolwiek rozważań! Analizowanie sytuacji kobiet
na rynku z pominięciem kontekstu pracy wykonywanej w domu bezpłatnie zniekształca tę analizę. Zwłaszcza, że gros tej pracy jest warunkiem sine qua non odtworzenia mocy produkcyjnych –
co właściwie jest dość łatwe do oszacowania, bo przecież łatwo jest wycenić koszt pracy włożonej
w utrzymanie czystości pomieszczeń i czystości ubiorów i nakładów na przygotowanie posiłków. Równie łatwo jest oszacować nakłady na opiekę nad dziećmi i na pomoc w nauce. To z grubsza biorąc te najważniejsze, choć oczywiście nie jedyne, prace wykonywane głównie przez kobiety.

Proces polskiej transformacji dobitnie wykazał, że spadek udziału kobiet w rynku nie powoduje – jakby można się było spodziewać – wzrostu dzietności, bowiem u nas nastąpił wyraźny spadek liczby urodzin (z 2,1 do 1,4*), co załamało klasyczną zależność, zgodnie z którą im mniej kobiet pracuje,
tym większy jest przyrost naturalny.

Mało tego, pojawiła się zależność przeciwna: im wyższy udział kobiet w rynku pracy, tym więcej dzieci (oczywiście pod warunkiem instytucjonalnego wsparcia ze strony państwa w zakresie opieki
nad dziećmi). Dowodem na istnienie takiej zależności są kraje skandynawskie – pojawiła się nawet teza, że sukces ekonomiczny tych państw oparty jest na wysokiej stopie zatrudnienia kobiet,
które płacą podatki i rodzą dzieci jednocześnie (wzrost PKB dzięki pracy i podatkom kobiet
i reprodukcja zasobów pracy).

Z punktu widzenia budowy nowoczesnej i konkurencyjnej gospodarki pozostaje zatem kwestia wykorzystania ogromnego potencjału i talentów kobiet, przy jednoczesnym dostrzeżeniu innych zależności rządzących ekonomią, niż dotychczas – i tym właśnie zajmuje się ekonomia feministyczna. Postuluje ona uwzględnienie wkładu kobiet w tworzenie dochodu poprzez oszacowanie i włączenie pracy bezpłatnej kobiet, a także uwzględnienie jej w świadczeniach, np. z tytułu emerytury. Postuluje też nowe spojrzenie na inne koszty, np. związane z łączeniem obowiązków zawodowych i domowych.

Zwraca też uwagę na nielogiczne podejście do kwestii inwestycji, bowiem obecnie nakłady
na budowę stadionu są inwestycją (i powodują wzrost PKB), zaś nakłady na przedszkola traktowane są wyłącznie jako koszty (nie przynoszące wzrostu PKB) – dlaczego? Przecież właśnie nakłady
na „wytworzenie” kapitału ludzkiego są najlepszą inwestycją – że przypomnę tu powszechnie znane hasło wykorzystywane w Programie Operacyjnym Kapitał Ludzki.

Reasumując: więcej kobiet na rynku pracy to większe PKB, większe wpływy z podatków i więcej dzieci, bowiem rodzenie dzieci nie jest bezpłatne! Te kobiety, które nie są finansowo uzależnione
od swoich partnerów, świadomie i odpowiedzialnie podejmują decyzje o wydaniu na świat potomstwa – a rolą państwa jest, by je do tego zachęcać, tworząc system odpowiednich zabezpieczeń uwzględniających fakt, że wydawanie na świat potomstwa jest nie tylko realizacją instynktu macierzyńskiego, ale też działaniem zapewniającym reprodukcję kapitału ludzkiego, a to przecież nic innego, jak działanie na rzecz państwa i zdecydowanie powinno być przez państwo wspierane i chronione, w tym także finansowo.

*Współczynnik dzietności określa liczbę urodzonych dzieci przypadających na jedną kobietę w wieku rozrodczym (15-49 lat). Przyjmuje się, iż współczynnik dzietności między 2,10 ÷ 2,15 jest poziomem zapewniającym zastępowalność pokoleń. (źródło: Wikipedia).

 

 

A P D

Opublikowano przez Tomasz Wrzosek in Artykuły Bożeny Ziemniewicz

Dodaj komentarz